Mam czy latka czy i puł. Siengam głowom ponat stuł. A ja mam kolokwium i sześć dni do świętowania. No, prawie pięć ;) I wkurwiającą współlokatorkę mam. I nowiusieńkie, świeżusieńkie urządzenie wielofunkcyjne wymarzone mam. Pieprzyć współlokatorkę. Podrukuję sobie.
Strój żałosny, praca męcząco- bezsensowna. Niby nic nowego, a jednak. Takie uczucie, jakby cały świat pogrążał się w dobrze opłacanym kiczu. Chyba się sprzedam. A później napiszę książkę o losach biednej pokrzywdzonej niekochanej.
Myślałam, że pogram w gierkę. W folderze był pornus. W dupę nudny.
Wykańczam się. Na bezdechu, na bezludziu, na bezżyciu.
Weź mnie w ramiona, przytul, ściśnij, ukochaj, zaśpiewaj kołysankę, głaszcz włosy, przytulaj mnie do ciepłego wnętrza, do wątroby, żołądka, nerek, do serca. Znajdź mi kawałek miejsca w głowie, kochaj mnie słowami, myślami, spojrzeniami.
Jestem taka do bólu normalna, mała emocjonalna inwalidka. Nie wolno nas dyskryminować. No przecież nie proszę o wiele.
Mój plan zaczynania życia na nowo jakoś idzie. Dziś ugotowałam normalny obiad, byłam w czytelni, robiłam notatki, uczyłam się. Zapisałam się na wykład monograficzny. Powiedziałam tacie, że w tym miesiącu potrzebuję więcej kasy, oddałam dług. Mam opłacony marcowy internet, bilet miesięczny. Musi mi z kieszeni wypłynąć jeszcze tylko 350 złotych na czynsz... jakoś będzie. W końcu mam całe 400 na cały miesiąc. Łącznie z biletem do domu na święta.
Kończę notatki i idę spać. Kolejny punkt programu, spać jak normalni ludzie, wstawać jak normalni ludzie. Iść na wykład ze staropolki. Napisać pracę roczną w tydzień. Dam radę. Muszę tylko wymyślić temat, znaleźć bibligrafię i stworzyć konspekt. Na czwartek. I nauczyć się na kolokwium z gramatyki. Muszę. Muszę.